Moje fit-początki. Moja historia.

Czy zawsze byłam “fit”?

Skąd w moim życiu wzięła się fascynacja treningami i dietetyką? Czy zawsze wiedziałam jak o siebie dbać? Czy miałam dobre relacje z jedzeniem? W pierwszym wpisie pokażę Ci jak pokręcone były moje początki i że nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje.

Dlaczego dietetyka?

Tak do końca nie wiem skąd to się wzięło. Moja pierwsza myśl jeśli chodzi o wybór studiów to FIZJOTERAPIA. Naprawdę chciałam to robić. Było milion myśli, część osób mówiło mi, że jest za dużo fizjoterapeutów i różnymi argumentami zniechęcali mnie do tego.

Pamiętam jak dziś. Była wiosna, przed maturą. Poszłam do miejskiej biblioteki i zamiast sięgać po książki, które pomogą mi w zdaniu matury, wybrałam książkę, w której były podstawy żywienia. Wróciłam do domu, przeczytałam ją od deski do deski i pomyślałam – może dietetyka? I stało się, chciałam dostać się na studia związane żywieniem. Wtedy, gdy podejmowałam tą dezycję dietetyka nie była tak popularna, jak teraz. Było mało takich kierunków i mało osób mogło się na takie studia dostać. Żywienie w kontkeście zdrowia i dbania o siebie nie było brane na poważnie. Dopiero w trakcie moich studiów licencjackich zaczęło się wszystko rozwijać.

Mój pierwszy blog, moje pierwsze problemy.

Na pierwszym roku studiów, a dokładnie po pierwszym semestrze postanowiłam założyć bloga. Zawsze lubiłam pisać, a w dodatku zaczęła się moja fascynajca dietą. Wszystko układało się naprawdę wzorowo – bynajmniej w social mediach, a tak naprawdę istniała jeszcze druga strona medalu, o której nigdy nie mówiłam. Fascynacja żywieniem obrała zły kierunek. Testowałam na sobie nowe, modne diety i funkcjonowałam jak sinusoida i mimo, że zawsze byłam szczupła, to właśnie studiując dietetykę zaczęłam tyć. Ponoć wiele osób ma ten problem, jak wyjeżdża na studia, ale mnie dotknął dość mocno. Nie wiem do tej pory dlaczego nie radziłam sobie z tą presją, źle czułam się poza domem, chociaż ludzi i studia bardzo lubiłam. Początki były ciężkie, bo na uczelni siedzieliśmy naprawdę od rana do wieczora i nagle okazało się, że poza siedzeniem na tyłku na zajeciach i jedzeniem, nie robiłam nic. Nie było czasu? Dobra wymówka, trochę prawdziwa. Nie miałam siły? Chyba przytłoczyło mnie wszystko dookoła, ale kto o tym wiedział poza mną? Nikt. Nie było się czym chwalić, a ja wolałam milczeć i nie przyznawać się, że nie czuję się najlepiej.

Bloga i inne social media prowadziłam nadal. Na domiar tego bardzo się to rozwijało, czego się nie spodziewałam. Jak wiecie w sieci można stwarzać niebywale piękne pozory. I tak to się ciągnęło i uwierzcie mi było coraz gorzej. Po takim czasie łatwiej się do tego przyznać.

Jak zostałam trenerem?

To akurat całkiem zabawna historia. Zanim poszłam na studia – tańczyłam i to nie krótko, bo 8lat tańca towarzyskiego miałam za sobą. I idąc na studia tą pasję straciłam – możliwe, że to właśnie było jedną z przyczyn moich problemów.

Na studiach nie trenowałam nic, dosłownie. Na początku próbowałam wrócić do tańca we Wrocławiu, gdzie studiowałam, ale nie ułożyło się. Po pierwszym roku studiów, kolega zaczął namawiać mnie na kurs trenera, pamiętam jak mówił “dawaj, przyda nam się”. Wtedy się śmiałam, ale koniec końców zgodziłam się. To była naprawdę szalona dezycja. Mój kurs nazywał się dosłownie “Instruktor sportów siłowych spec. kulturystyka”. Przypomnę, że miałam za sobą tylko taniec, a słowo kulturystyka wywołało u mnie dreszcze.

I wyobraźcie sobie teraz mnie, wchodzącą na pierwszy dzień kursu. Wtedy po raz pierwszy też widziałam siłownię i nie wiedziałam czym jest sztanga, wyciąg górny, martwy ciąg i cała reszta. Byłam jak dziecko we mgle. Większość kursantów to były przysłowiowe koksy i jedna kobieta, która chwaliła się, że będzie startować w zawodach bikini fitness. Naprawdę nie wiedziałam, co tam robię.

Kurs się skończył, nauczyłam się tyle, co nic, wróciłam do domu i pomyślałam, że dalej nic nie umiem. I zaczęło się. Zamówiłam pierwszą sztangę i zaczęłam się uczyć wszystkiego w domu. Czytałam, oglądałam filmy na yt i czułam się coraz pewniej. W końcu ośmieliłam się i kupiłam karnet na siłownię – tam też nie bałam się pytać, więc moje treningi zaczęły nabierać większego sensu. Mimo ćwiczeń nie opuszczały mnie problemy z jedzeniem.

Gdy w internecie jesteś fit, a w domu fat – czyli jak trafisz na niewykształconych specjalistów.

Trenowałam jak szalona, rzucałam ciężarami . Na siłowni byłam codziennie. I treningi to był mój jedyny dobry nawyk, bo kwestia żywienia pozostawiała wiele do życzenia. Pamiętam swoją pierwszą współpracę, pierwsze suplementy i uwaga! Dostałam propozycję, żeby być pod opieką profesjonalnego trenera i “dietetyka”. Byłam jeszcze w trakcie studiów, więc nie miałam określonej ścieżki i utartego przekonania, co do tego jak dieta powinna wyglądać.

Na opiekę tego trenera się zgodziłam, bo w sumie – czemu nie? Jak zobaczyłam pierwszą rozpiskę to myślałam, że to żart, ale okej, facet się zna krzywdy mi nie zrobi, prawda? Pewnie spodziewacie się jakiejś diety 1000kcal? Tu Was zaskoczę, było wprost przeciwnie – dieta miała 5 posiłków, 3 były identyczne i pamiętam, że każdy z nich miał 200g kurczaka. Wyobrażacie sobie przerabiać prawie kilogram mięsa dziennie? Zaufałam, więc próbowałam, a zamiast czuć się lepiej, było coraz gorzej. To niejedna historia ze specjalistami, z którymi miałam doczynienia. Po jakimś czasie, gdy widziałam, że to nie idzie w tą stronę, co trzeba, zaczęłam szukać niby prawdziwego “dietetyka”. I trafiłam, na kolejną osobę, która zamiast o mnie zadbać zafundowała mi totalnie skrajne rozwiązanie. Kalorii nie podała, ale na szczęście umiałam już to sobie policzyć. I jak mijały kolejne tygodnie, a razem z nimi brakowało mi sił, miałam problemy hormonalne, brak miesiączki, a włosy wypadały mi garściami. Przeliczyłam te “zdrowe” posiłki i wyszło, że jadam między 1000-1400kcal! Kolejna porażka i kolejny powód, żeby się znięchęcić do zdrowego żywienia, skoro wtedy już naprawdę nie wiedziałam, co to właściwie znaczy. Miałam dość. A to naprawdę tylko 2 przykłady – było ich więcej.

Weź się w garść.

Miałam dosyć wszystkich “specjalistów”, dlatego tak często powtarzam, uważajcie w czyje ręce chcecie oddać swoje zdrowie, żebyście nie przechodzili przez to, co ja.

Pobiegnijmy kilka lat do przodu, bo dopiero na magisterce zaczęło być trochę lepiej. Dostałm wtedy pierwszą poważną pracę na siłowni, zaczęłam jako trener, a w trakcie doszło prowadzenie zajeć fitness. Etap pracy, w takim miejscu, to też czas, w którym testowałam na sobie różne formy treningu i nie wiedziałam, co będzie mi odpowiadać. Mam za sobą naprawdę konkretne dźwiganie, moja sylwetka zmieniła się i to bardzo (nie ukrywam, byłam duża). Z jedzniem było różnie, powiedziałabym, że już lepiej, ale dalej to nie był mój złoty środek, bo funkcjonowałam w myśl zasady “100% albo nic.

To, że dalej prężnie rozwijałam swoje social media nie pomagało mi zbytnio w radzeniu sobie z samą sobą. Kreowany wizerunek, oglądanie tych wszystkich profili, w większości były to dziewczyny, które trenowały na siłowni i startowały w zawodach… To wszystko tylko pchało w większe kompelksy, zrozumiałam wtedy, że to, co śledzę, to wcale nie jest ZDROWIE, tylko kolejne skrajne rozwiązania.

Czas coś zmienić.

Przed świętami Bożego Narodzenia w 2018 roku (więc nie oszukujmy się, to było niedawno) stwierdziałam, w końcu muszę to zrobić dobrze, SAMA. I wiecie, co, nie mówiąc nikomu zaczęłam, na spokojnie. Powoli układałam sobie wszystko w głowie i szukałam balansu. Przestałam narzucać na siebie niemożliwy do wytrzymania rygor, tylko zachowałam zdrowy rozsądek, który okazał się kluczem do sukcesu i postawił mnie w miejscu, w którym jestem teraz (notabene ponad 10kg lżejsza – kto by pomyślał). Jak dzisiaj mówię niektórym, to pukają się w głowę i twierdzą, że niemożliwe i że przesadzam. No niestety, do przesady mi było daleko, ale dobrze się z tym kryłam, skoro większość nie zauważyło problemów. Wiosną 2019 roku usunęłam swoje dobrze rozwięte konto na instagramie, żeby w końcu odciąć się od tego świata.

Jak ja pięknie od niego odpoczęłam! Rok bez oglądania idealnych ciał i perfekcyjnego życia tylko pomógł mi być w miejscu, w którym jestem teraz – SZCZĘŚLIWA.

Mało mam jakichkolwiek zdjęć z tego najgorszego okresu, cóż – uciekałam przed aparatem i jakoś się nie dziwie. Wiele z Was dozna teraz szoku, sama nie wracam do tego momentu, bo to ten czas, do którego nikt nie chciałby wracać.

metamorfoza

Sama siebie nie poznaję i nawet ciężko mi sobie przypomnieć siebie z tamtego okresu – odcięłam się i zapomniałam.

Ale mimo wszystko chciałam się z Wami podzielić moją historią. Pierwszy raz tak szczerze i otwarcie, żeby właśnie Wam uświadomić, że nie zawsze jest tak pięknie, jakby mogło się wydawać.

Teraz wiem, co robię. Mam wiedzę i doświadczenie, dość brutalne na samej sobie. To był zawsze problem, bo potrafiłam pomagać innym, a sobie nie. Jak to się śpiewało? Ale to już było i nie wróci więcej! Teraz jedyne czego chcę to pomóc Wam, byście nie wplątali się w takie problemy jak ja. Przemyśl sobie teraz, czy na pewno dasz sobie radę sama/sam? Szukaj zdrowego rozwiązania, a jeśli potrzebujesz pomocy lub porady, napisz do mnie.

Trzymajcie się zdrowo,

KateMos